Bonobo “Migration”

Bonobo znalazł sobie idealną niszę i od lat w środowisku middle class (po naszemu czytaj: nowobogackim) uchodzi za artystę. Nic w tym zdrożnego, bo płyty angielskiego producenta stanowią doskonałe alibi dla wszystkich, którzy na pytanie, czego słuchają, bez namysłu odpowiadają: „dobrej muzyki”.

bonobo-migration-album-pack-shot-small

Już sam nie wiem, czy ślepo wpadamy w zachwyty nad produkcjami Simona Greena, czy może rzeczywiście posiadł on monopol na inteligentne chillwave’owe rytmy. Gdyby chociaż raz powinęła mu się noga! Niestety, nie tym razem. Bonobo powraca z nowym, bardzo interesującym albumem zdominowanym przez niepokojące, ale jednocześnie relaksujące brzmienie. „Migration” to niemal nowoczesna muzyka klasyczna, świetnie prowadzona przez elektroniczne bity oraz dźwiękową delikatność, przecinana niebiańskimi głosami wokalistów i (a jednak) niepokorną cyfrową rytmiką. A wszystko podlane szczyptą wysublimowanej egzotyki. Całość spowija kojąca ambientowa „mgiełka” oraz subtelne zapożyczenia z muzyki easy listening. Bardzo elegancka i zaskakująco przystępna płyta do tańca, ale z głową w chmurach.

Migration” to jeden z najciekawszych krążków ostatnich miesięcy. Wypełniony wspaniałym, organicznym elektro-akustycznym fusion, podanym z wybitną dbałością o szczegóły. Po uważnym wsłuchaniu się w quasi-minimalistyczną muzykę odkryjemy, że na „Migration” jest więcej dźwięków, niż na dziesięciu innych, ostatnio recenzowanych przez jazzsoul.pl płytach. Wszystko na tym krążku drga, wiruje, oddycha i żyje. Oczarowuje i bezpowrotnie wciąga. I wyślizguje się z rąk tym, którzy płytę próbują klasyfikować.

W porównaniu z wcześniejszymi płytami zmieniły się przede wszystkim proporcje między elementami muzyki Bonobo. Na „Migration” mniej tym razem cytatów z klasycznego disco, więcej – szczególnie w sferze rytmicznej – nawiązań do korzennych brzmień z Czarnego Lądu. Intuicyjne granie z kolei zdecydowanie wzięło górę nad perfekcyjną produkcją.

Mimo tej ewolucji, Bonobo nadal eksperymentuje z dźwiękiem i w dość niezwykły sposób łączy pozornie nieprzystające do siebie elementy: skomplikowane połamane rytmy z miłymi, łatwo wpadającymi w ucho melodiami (często śpiewanymi), a stonowane kompozycje ozdobione partią relaksującego fortepianu traktuje zgrzytami, elektronicznymi plamami, niskim buczącym basem. Jazzowa swoboda przyspiesza do house’owego tempa, by na koniec stworzyć uroczą piosenkę z wokalizami artystów grupy Innov Gnawa („Bambro Koyo Ganda”). Marokańczycy to niejedyni sprzymierzeńcy Bonobo w kreowaniu nastroju: kanadysjko-duński duet Rhye („Break Apart”) i Australijczyk Nick Murphy, do niedawna nagrywający jako Chet Faker („No Reason”); niby „oniryści” i kameraliści, a wnoszą piekielny ładunek napięcia.

Migration” to bardzo dobry album sprawdzający się w formule chill out, który może funkcjonować w drugim planie naszej codzienności, jak również jako tapeta w eksperymentalnych barach mlecznych.

Ocena płyty: