Nils Petter Molvær “Buoyancy”

Nie wiem za bardzo od czego zacząć recenzując najnowszy krążek, który wydał Nils Petter Molvær, gdyż jest to postać, o której można powiedzieć Ikona Gatunku. Co prawda nie lubię tego określenia, ale żadne inne nie ma takiego patosu, który w tym wypadku jest wymagany. Od czasu debiutu fenomenalnym albumem Khmer w 1997 roku Nils nie schodzi z najwyższego szczebla future jazzu, który zresztą przypadło mu w udziale stworzyć. Pochodzący z norweskiej wyspy Sula jest zdecydowanie ciągle przesiąknięty klimatem skandynawskiej tajemniczości krajobrazu. Umiejętnie przenosi to w świat swoich kompozycji, które są niemalże krystaliczne, osobliwe i wypolerowane uczuciem.

nils-petter-molvaer-buoyancy

Każde z dzieł mające swoje miejsce na Buoyancy nie przestawało mnie zadziwiać. Czasem etnicznie, czasem folkowo, niekiedy po prostu solo na trąbce, a wszystko odziane w skandynawski oddech. Pierwsze wgryza się w ucho kosmiczne Ras Mohammed, które idzie szerokim spektrum trąbki wraz z elektroniką klejąc słuchacza chłodną tajemnicą. Gilimanuk nie pozwoli odpocząć, gdy delikatnym beatem etnicznych bębnów przywołuje niemalże wiatr z gór. Bardzo, bardzo prosty aranż do jakże wielkiej kompozycji. Moute Cave oraz Martoli Bridge są odrobinę przerażające. Strach mnie bowiem ogrania kiedy prawie dwuminutowe utwory składające się z kilku dźwięków zagranych solo na trąbce potrafią wywołać we mnie takie poruszenie. Niezwykle inspirujące i fascynujące jest to, co musi dziać się w głowie kompozytora, który zaczyna transformować swoje myśli, swoje odczucia w nuty, w dźwięki, w coś co poprzez przestrzeń jest w stanie się z nami komunikować. Album w całości jest nieustanną dawką adrenaliny, bo każdy utwór jest swoim światem, swoją historią.

Mnie najbardziej dotykają pozycje 5 i 10. Puri Jati oraz Maddagala.

Pierwsze wrażenie jest ponoć zawsze najbardziej prawdziwe, więc jeśli tak to właśnie tymi numerami Nils Petter Molvær kupił sobie mnie całego. Tło jest proste, aż melodyjne, ale jeśli spojrzeć głębiej, wsłuchując się w linię trąbki, bo o to tu przecież chodzi, to dochodzimy do rozgrzanego, wręcz pulsującego wyrazu dźwięków, który całości nadaje dwubiegunowy magnetyczny charakter. Mnie zatraciło. Amed, najdłuższa kompozycja jest zdecydowanym sercem płyty. Miejscem, w którym już wiadomo, że świat się zatrzymał. Ma się ochotę zostać i trwać w zimnym klimacie umysłu Nilsa Pettera Molværa, który zdecydowanie należy do wielkich kompozytorów. Ostanie 3 numery to już pewniaki, bo nie ma tu przypadków. Nie ma tu wciskania czegokolwiek na siłę, aby tylko było więcej, dłużej.

Nie ma tu nic czego mógłbym się przyczepić.

Płyta, z którą należy się zapoznać, która nie jest prosta, nad którą chwilę trzeba pomyśleć.

Płyta, która spełnia moje oczekiwania. Kto ceni w muzyce uczciwość, niebanalne podejście do dźwięków i nie boi się otworzyć na emocje, ten niech koniecznie posłucha Bouyancy.

Ocena płyty: