“Na Eurowizji starałem się nie nakręcać, tylko zrobić to, co do mnie należy” – wywiad z Łukaszem Dyczko

Kilka dni temu Łukasz Dyczko wygrał 18. Konkurs Eurowizji dla Młodych Muzyków. Mieliśmy ogromną przyjemność spotkania się z saksofonistą i porozmawiania m.in. o samym konkursie i emocjach jemu towarzyszącym. Spotkaliśmy się z nim nie tylko w dniu jego urodzin, ale także niecałą godzinę po odebraniu przez niego listu gratulacyjnego od Andrzeja Dudy. Jak zareagował na to wyróżnienie? Zapraszamy do przeczytania naszej rozmowy.

Na początku, w imieniu całej redakcji, chciałbym Ci życzyć wszystkiego najlepszego!

Dziękuję!

Właśnie odebrałeś list gratulacyjny od Andrzeja Dudy. Jak dowiedziałeś się o tym, że Prezydent RP złożył Ci oficjalne gratulacje?

Zadzwoniono do mnie, że otrzymałem list od prezydenta i mogę go dostać kurierem. Odpowiedziałem, że jestem w Warszawie i mogę przyjść, by odebrać go osobiście. Pierwotnie miałem odebrać go na ul. Wiejskiej, potem jednak uroczystość odbyła się w Pałacu Prezydenckim, gdzie list wręczył mi p. Wojciech Kolarski, podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP.

Łukasz Dyczko: ludzie są dziwnie nastawieni na konkursy czy wygrane

Jak wyglądała cała ceremonia?

Przyszedłem w ostatniej chwili, bo autobus nie chciał mi przyjechać. (śmiech) Na początku poczułem się jak na lotnisku, bo musiałem przejść odprawę, czyli zdjąć zegarek, odłożyć wszystkie rzeczy itd.. Na miejscu czekał już p. Wojciech Kolarski, z którym zrobiono mi kilka zdjęć. Otrzymałem list i gratulacje, potem p. Kolarski zaprosił mnie na rozmowę. Zaczęliśmy rozmawiać, wypiliśmy kawę… była całkiem smaczna. (śmiech) Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z tak wysoko postawionym człowiekiem. Nie znał się na muzyce klasycznej, ale udało nam się zamienić parę słów. Zdarzały się gorsze rozmowy.

Z czego to wynika?

Niektórzy ludzie są dziwnie nastawieni na konkursy czy wygrane. Mają wtedy obraz olimpiady, poczucie, że ktoś kogoś pokonał, ktoś jest lepszy od innych. To wynika z tego, że ludzie nie znają mechanizmu konkursowego i mechanizmu muzyki klasycznej.

Łukasz Dyczko: dzięki Eurowizji ludzie mnie poznają, gratulują mi. To miłe

Co masz na myśli?

Ludzie wiedzą, jak wyglądają olimpiady sportowe i tego typu wydarzenia. Wszystkiego rywalizacje sprowadzają właśnie do sportu. Nie jest to złe, ale czasem wynikają jakieś śmieszne sytuacje.

Ale to nie jest tak, że rzeczywiście to są takie igrzyska? W końcu reprezentowałeś Polskę i byłeś naszą dumą narodową.

Może i tak… Z pewnością ja do tego tak nie podchodzę. Cieszę się jednak, że dzięki temu konkursowi ludzie mnie poznają i gratulują mi. Jeszcze milsze jest to, kiedy otrzymuję gratulacje od ludzi nieznających się na muzyce klasycznej. Muzyka nie powinna mieć granic i zamykać się do bardzo wąskiego grona odbiorców. Trudno to osiągnąć, zwłaszcza kiedy za wolnością idzie tak zwany “muzyczny nieład”. Na szczęście i muzyczna wolność ma swoich zwolenników w Polsce. Możemy to zaobserwować na festiwalach muzyki współczesnej czy na koncertach jazzowych.

To się teraz nazywa “koncertem muzyki alternatywnej”.

Jest taki trend chodzenia na tego typu koncerty. Zwłaszcza w większych miastach. Ludzie lubią się poczuć czasem snobistycznie. Jeśli po jakimś czasie zrozumieją magię tej muzyki, to trzeba się tylko cieszyć, że muzyka alternatywna zdobywa kolejnych słuchaczy. Najgorsze dla mnie jest całkowite poddanie się muzyce popularnej. Cieszy mnie za to fakt, że tegoroczną Eurowizję oglądało bardzo dużo ludzi. Poprzednią edycję konkursu transmitowano na żywo w czterech krajach, a tę – w dziesięciu. Oprócz tego, był to koncert plenerowy, nie było biletów, więc każdy mógł wejść, czyli znajomi, rodzina…

Łukasz Dyczko: na Eurowizji starałem się nie nakręcać, tylko zrobić to, co należy

Kto towarzyszył Tobie?

Cała szkoła. (śmiech) Nie no, przyjechało ze mną 40 znajomych ze szkoły. Jak ludzie usłyszeli, że przyjeżdża ze mną tylu znajomych, to stwierdzili, że muszę być naprawdę dobry. (śmiech) Do niektórych uczestników nie przyjechał nikt, więc musiałem dać z siebie wszystko. Wsparcie mi naprawdę bardzo pomaga. Na bankiecie, który odbył się po konkursie, wszyscy razem śpiewaliśmy, bawiliśmy się. Każdy wiedział, że jestem z Polski. Dodatkowo znajomi zrobili mi specjalną, polską flagę. To było fantastyczne.

Czułeś presję, że reprezentujesz Polskę, czy Eurowizję potraktowałeś po prostu jako kolejny konkurs “do zaliczenia”?

Starałem się nie nakręcać, zwłaszcza przed samym konkursem. Były emocje, bo wiedziałem, że muszę zrobić to, co do mnie należy. Wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany i stać mnie na dużo. Wiedziałem też, że jestem w gronie faworytów. Przy ogłoszeniu wyników myślałem, że wygra skrzypek z Norwegii. Grał naprawdę super na próbach, jednak w plenerze to była inna przestrzeń, inny dźwięk.

Łukasz Dyczko: mieliśmy fajnie zorganizowany czas, mogliśmy lepiej się poznać

Nie mieliście prób na tej scenie?

Dwie próby były w sali prób, a dwie już na głównej scenie. Jak na konkurs, to całkiem sporo. Ale to dobrze, bo mogliśmy się lepiej zgrać z realizatorami i dyrygentem, którzy nam towarzyszyli.

A co po próbach?

Mieliśmy bardzo fajnie zorganizowany czas. Jednego dnia wzięliśmy udział w rejsie statkiem po Renie. Mogliśmy nie tylko na spokojnie pogadać z uczestnikami, ale i organizatorami!

Oglądałeś swój występ? Jak go oceniasz?

Oglądałem. Jeśli chodzi o utwór, który zaprezentowałem, to zagrałem go najlepiej, jeśli chodzi o moje występy na takich dużych koncertach. Publiczność mi bardzo pomaga i moje występy są znacznie ciekawsze jak mam żywy kontakt z ludźmi. Półfinał Młodego Muzyka Roku, po którym ostatecznie zostałem wybrany na reprezentanta Polski, był organizowany w studiu. Nie widziałem nikogo na publiczności, nie do końca byłem też zadowolony ze swojego występu. W finale tego projektu i na Eurowizji był zupełnie inaczej.

Łukasz Dyczko: mało pamiętam z występu na Eurowizji. (śmiech)

Co czułeś na scenie?

Założyłem sobie, że podczas występu chcę całkowicie odlecieć. Herbie Hancock wspominał w swojej autobiografii o koncercie, w którym zaczął lewitować, unosił się do góry z całym jego zespołem.

Przeżyłeś coś takiego podczas występu na Eurowizji?

Nie przeżyłem tego w takim stopniu, ale mało pamiętam z tego występu. (śmiech) Przez to też nie mogłem ocenić, jak mi poszło. Od razu po zejściu ze sceny napisałem do swojego mentora Roberta Kamyka z TVP Kultura, który bardzo dużo mi pomagał w Kolonii. Napisał, że było bardzo dobrze.

Byłeś już pewny, że wygrasz?

Wiedziałem, że nie jest źle, ale nie wiedziałem, czy jest na tyle dobrze, żebym był z siebie zadowolony. Potem się okazało, że mogę być z siebie zadowolony. (śmiech) Mój stary nauczyciel powiedział po konkursie w jednym z wywiadów, że zawsze mogło być lepiej, więc pewnie po jakimś czasie dostrzegę jakieś mało logiczne frazy czy coś w tym stylu.

Łukasz Dyczko: po Eurowizji zadzwonił do mnie Włodek Pawlik z gratulacjami

Jak zareagowali pozostali nauczyciele, których spotkałeś na swojej drodze? Gratulowali?

Prawie wszyscy mi pogratulowali. Zdarzały się jednak osoby, które tego nie zrobiły. Nie wiem, czy z zazdrości czy z jakiegoś innego powodu. Były to osoby, które dobrze znam i myślałem, że wyślą mi chociaż krótką wiadomość z gratulacjami. No cóż, trochę mi przykro, ale nic z tym nie zrobię. Nie przywiązuję do tego dużej wagi. Pogratulowała mi za to cała masa innych ludzi. Po konkursie zadzwonił do mnie także m.in. Włodek Pawlik, który pogratulował mi występu. Gratulacje złożył mi też m.in. Tadeusz Deszkiewicz [Prezes Zarządu Polskiego Radia RDC – przyp.red.].

A z jakim odzewem spotkali się Twoi rodzice?

Moja mama po Eurowizji nie spała za to całą noc, bo odbierała wiele telefonów od znajomych i rodziny. Mój telefon umarł na dwa dni. Nie potrafiłem nic na nim zrobić przez taką liczbę wiadomości. Odzywali się nawet ci znajomi, z którymi od dawna nie miałem kontaktu, bo nagle się urwał – z powodu wyjazdów, zmian szkoły itd. To było bardzo miłe. Teraz wszystko wraca do normy. Po Eurowizji byłem bardziej zmęczony ciągłym odbieraniem telefonów i odpisywaniem na wiadomości niż samymi przygotowaniami i koncertem.

Łukasz Dyczko: niektórzy uczestnicy Eurowizji mieli nutkę przebojowości

Nawiązałeś nowe znajomości, przyjaźnie z konkurentami?

Większość uczestników była bardzo otwarta. Wszyscy wiedzieliśmy, że trudno mierzyć się z tak różnorodną konkurencją – jedni mieli 12 lat, inni 19; jedni mieli kontrabas, a inni saksofon. Każdy to wiedział i akceptował. Byli tacy, którzy bardzo długo ćwiczyli, przez co nie integrowali się z pozostałymi i byli mniej koleżeńscy. Nie było jednak żadnych sabotaży, robienia sobie na złość czy uszkadzania instrumentów. (śmiech) Bardzo zakumplowałem się ze Szwedem Eliotem Nordqvistem, który grał na fortepianie. Oprócz tego, że gra, to jeszcze komponuje, dyryguje, gra na gitarze i jeździ na deskorolce. Jest bardzo otwarty na wszystko, co mnie zaciekawiło w nim. Spędzałem z nim dużo czasu.

A co z innymi uczestnikami?

Niektórzy mieli nutkę przebojowości w sobie, jak np. skrzypek Jakab Roland Attila z Węgier czy pianista Dmitry Ishkhanov z Malty. Każdy był na swój sposób wyjątkowy, ale i pokorny. Wszyscy darzyli się szacunkiem do drugiego uczestnika, nawet jeśli grał na nieco mniej popularnym instrumencie. Zresztą, nie było podziału na lepszy czy gorszy instrument. To świadczy o dojrzałości muzyka, który w każdym instrumencie znajdzie wyjątkowość.

Łukasz Dyczko: wielu ludzi nie miało pojęcia, co to jest Eurowizja

Czy coś Cię wyjątkowo zdziwiło w konkursie? Stało się coś, czego się nie spodziewałeś?

Na samym konkursie nie. Po wygraniu udzieliłem całkiem sporo wywiadów i zauważyłem, że wielu ludzi nie ma pojęcia o tym, czym właściwie jest Eurowizja. Wiele osób myśli, że Konkurs Eurowizji dla Młodych Muzyków nie ma nic wspólnego z Konkursem Piosenki Eurowizji. Oba konkursy przygotowuje ten sam organizator, czyli EBU [Europejska Unia Nadawców – przyp. red.]. Nawiasem mówiąc, gdyby zaproponowali mi gościnny udział w Konkursie Piosenki Eurowizji, z chęcią wziąłbym udział, bo czemu nie?

Wracając do tematu wywiadów… (śmiech)

Podczas rozmowy przed emisją w jednym z programów śniadaniowych sami prowadzący nie widzieli o tym. Nie wiedzieli, gdzie była organizowana Eurowizja, którą wygrałem, ale też byli przekonani, że tę imprezę przygotowywały szkoły, no bo przecież to konkurs młodych muzyków.

Łukasz Dyczko: po Eurowizji nie dostałem oszałamiających ofert i propozycji

To już nie jest nawet niewiedza, co zwykła ignorancja. Przecież te informacje można sprawdzić za pomocą trzech kliknięć w wyszukiwarce…

Niestety… Ale to już urok tego typu programów. Jest tam przedstawiana bardzo ogólna wiedza, prowadzący skaczą z tematu na temat. Podczas rozmowy nie miałem praktycznie czasu na powiedzenie czegoś interesującego.

To są uroki programów śniadaniowych. Powróćmy jednak do Eurowizji. Czy po wygranej otrzymałeś jakieś kuszące propozycje koncertów?

Tak. Będę grał na gali “Koryfeusz Muzyki Polskiej”, która odbędzie się 1 października br. a także zostałem nominowany do Debiutu Roku, z czego bardzo się cieszę. Poza tym będę miał prawdopodobnie recital w Filharmonii Narodowej, koncert w NOSPR, w Filharmonii Toruńskiej. Te zaproszenia pojawiły się po Eurowizji.

Łukasz Dyczko: na telefony z propozycjami muszę jeszcze poczekać

Masz w planach jakieś zagraniczne projekty?

Wiem, że będę grał na konkursie z orkiestrą symfoniczną stacji WDR, co było moją nagrodą w Eurowizji. Jednak nie wiem jeszcze, kiedy ten konkurs się odbędzie. Nie dostałem jednak jakichś oszałamiających ofert i propozycji, w którym mógłbym przybierać. Ale i tak jest znacznie lepiej niż w przypadku Konkursu Eurowizji dla Młodych Tancerzy, bo reprezentująca Polskę Viktoria Nowak rok temu wygrała i nic za tym nie poszło.

Tobie się udało.

Eurowizja już mi dużo dała, ale na telefony z propozycjami muszę poczekać. Filharmonie po wygranej miały już cały sezon artystyczny zapełniony. W rzeczywistości trzeba uzbroić się w świadomość, że do wszystkiego trzeba dojść krok po kroku. Wygrana na Eurowizji była przeskoczeniem na kolejny poziom, ale tych poziomów jest przede mną jeszcze dużo.

A co z 10 tys. euro, które wygrałeś? Na co je przeznaczyłeś? Szykują się wakacje życia? (śmiech)

Jeszcze tych pieniędzy nie dostałem. (śmiech) Chciałbym uzbierać pieniądze na jakieś fajne studia za granicą. Nie powiem ci jednak, co to za szkoła, bo to taka moja tajemnica. Jeśli nie znajdę sponsorów, wygraną przeznaczę na płytę. Moim marzeniem jest zdobyć nagrodę Grammy!

Łukasz Dyczko: na mojej płycie chcę pokazać saksofon w bardziej przystępnej wersji

Tego ci życzę. Ale najpierw musisz wydać płytę. Szykujesz jakiś materiał?

Mam pomysł na płytę. Koresponduję teraz z wydawnictwem, które mogłoby udostępnić mi nuty orkiestrowe. Z oczywistych powodów chciałbym nagrać całą “Rapsodię” Andrée Waigneina. Jest to utwór bliski mojemu sercu. Prezentuje on fajny styl: nie jest stricte klasyczny, ale idzie nieco w stronę muzyki popularnej czy filmowej. Dzięki niej ludzie mogą posłuchać saksofon klasyczny w nieco bardziej przystępnej wersji. Chciałbym, żeby w takim stylu była moja pierwsza płyta.

Od jakiegoś czasu saksofon coraz częściej pojawia się w muzyce popularnej czy, wspomnianej przez Ciebie, muzyce filmowej.

Tak, na przykład słynny motyw saksofonu w utworze “Catch Me If You Can” Johna Williamsa z filmu „Złap mnie, jeśli potrafisz” z Leonardo DiCaprio. Mam nadzieję, że po mojej wygranej na Eurowizji saksofon przestanie być postrzegany jako instrument występujący tylko w jazzie czy popie. Nie krytykuję tego, ale fajnie byłoby, gdyby saksofon pojawiał się wszędzie, jak np. fortepian czy trąbka. Cieszyłbym się , gdyby coraz bardziej zyskiwał na popularności.

Łukasz Dyczko: w mojej rodzinie nikt nie myślał, by kształcić się muzycznie

Pamiętasz swoje początki muzyczne?

Muzyką zainteresowałem się już w dzieciństwie. Początkowo grałem przede wszystkim ze słuchu. Nuty zacząłem poznawać w szkole muzycznej. W wieku trzech lat zacząłem śpiewać i grać na pianinie. Tata pokazywał mi jakieś melodie ludowe, a ja potem się ich nauczyłem. Potem zobaczyli we mnie potencjał, dlatego poszedłem do szkoły muzycznej. Rodzice powinni dać szansę dziecku, w którym widzą predyspozycje w danym kierunku.

Tata też jest muzykiem?

Nie, nikt u mnie w rodzinie nie zajmuje się muzyką. Wynika to pewnie z tego, że w moich okolicach długo nie było szkoły muzycznej, a nawet jak była, to nie była popularna i chodziło do niej niewiele osób. Poza tym, to były trudne czasy dla ludzi. Ci nie myśleli, by kształcić się muzycznie, chociaż niektórzy mieli do tego predyspozycje. Ale w mojej rodzinie mają słuch muzyczny, potrafią śpiewać. Tata potrafił zagrać na fortepianie, a wujek hobbistycznie grał na akordeonie.

Łukasz Dyczko: nie czuję się gorszy z powodu wychowania w rodzinie niemuzycznej

Czego jeszcze nauczył się ojciec?

Po nim interesuję się też motoryzacją. Śmiałem się, że po wygraniu Eurowizji kupię sobie Forda Mustanga. (śmiech) Niestety, wygrałem Eurowizję, a te plany odeszły na dalszą przyszłość. Teraz stawiam na rozwój i… zrobienie prawa jazdy. (śmiech)

Czym zatem zajmują się Twoi rodzice i rodzeństwo?

Mój tata jest emerytowanym policjantem, a z wykształcenia mechanikiem, natomiast mama do czasu naszych narodzin pracowała w banku. Moja siostra niedawno wyszła za mąż i wychowuje swojego małego synka, a mój brat studiuje zarządzanie w Nowym Sączu. Jesteśmy kompletnie różni, ale to fajnie, bo jak potrzebuję chwili zastanowienia, to nie słyszę suszenia głowy o muzyce. W takich rodzinach rodzice od najmłodszych lat wdrażają cię w muzykę i często całe życie obracają wokół niej. Cieszę się, że zostałem wychowany w taki, a nie inny sposób. Nie czuję się z tego powodu gorszy. Wręcz przeciwnie, dzięki temu dzieciństwu umiem wyrazić się po swojemu w muzyce.

Łukasz Dyczko: muzyka klasyczna przypomina granie w teatrze

Masz teraz jakieś marzenia?

Takim marzeniem było spotkanie takich ludzi, którzy są na najwyższym poziomie muzycznym. Porozmawiać z nimi i zagrać wspólnie koncert. Poza tym, chciałbym kiedyś wystąpić jako ikona muzyki i żeby moja osobowość była ogromna i na tyle mocna, żeby oddziaływała na dużą liczbę osób i zapisała się na kartach historii. Chciałbym pozostać w pamięci ludzi.

Co trzeba teraz zrobić w muzyce klasycznej, by do tego dojść? Wydawać by się mogło, że wszystko już powstało i wszystko już zagrano.

Muzyka klasyczna przypomina granie w teatrze. Masz wszystko rozpisane, ale sposób przedstawiania dialogu czy sytuacji wpływa na odbiór. My w muzyce klasycznej też mamy nuty, czyli zdania, które możemy zinterpretować w różnoraki sposób. I to, jak bardzo ta interpretacja będzie indywidualna i atrakcyjna, tak bardzo będzie to coś wyjątkowego. Zawsze można nieco odchodzić od klasyki na rzecz innych gatunków, aby w ostateczności stworzyć coś nowego, świeżego i interesującego. Możliwości jest mnóstwo, a ja postaram się Wam to udowodnić w mojej karierze.

Osiągnięcia tej rewolucji Ci życzę. Dziękuję za rozmowę. A Was zapraszamy na fan page Łukasza Dyczko.