“Muzyką zająłem się, ponieważ otrzymałem w prezencie od mojego dziadka płytę Goodmana…” – wywiad z Felixem Peikli

Rezydujący w Nowym Jorku, norweski wirtuoz klarnetu Felix Peikli oraz wyjątkowy amerykański wibrafonista Joseph Doubleday będą jednymi z gwiazd tegorocznego Sopot Jazz Festival. Promować wówczas będą swoją płytę “It’s Showtime”, zainspirowaną jazzem z lat 30. O zawartości płyty, inspiracjach muzycznych i nadchodzących koncertach opowiedział mi sam Felix Peikli.

Utwory, które znalazły się na „It’s Showtime” brzmią jak nie z tej epoki. Wiem, że inspirowała Cię głównie muzyka z lat trzydziestych, a czy możesz wskazać artystów, którzy zainspirowali Cię podczas tworzenia tego materiału?

FP: To mój drugi album jako band-leadera. Poprzedni krążek był znacznie bardziej funkowy i w stylu fushion. Zagrał na nim m.in. Marcus Miller. „It’s Showtime” jest w pewnym sensie hołdem dla dwóch wielkich muzyków: Benny’ego Goodmana i Lionela Hamptona. Muzyką zająłem się, ponieważ otrzymałem w prezencie od mojego dziadka płytę Goodmana. Muzyka na niej zawarta zainspirowała mnie do tego, by zająć się graniem. Jednocześnie Benny Goodman stał się jedynym z moich muzycznych bohaterów. Stąd też “It’s Showtime” utrzymany jest w klimacie muzyki lat 30. Chciałem uchwycić wibrację, którą Goodman i Hampton wówczas mieli. Pracując nad tym materiałem, odkryliśmy sporo nowych rzeczy. Przede wszystkim radość i umiejętność zabawy dźwiękami. Gram od 10 roku życia i parałem się różnymi gatunkami muzycznymi, które przygotowały mnie do tego, by taką płytę nagrać.

Słuchając tej płyty, słyszę wyraźny podział na to, co gracie Ty i Joe oraz na partie sekcji rytmicznej wraz z fortepianem. Jak to wyglądało podczas nagrań? Ty i Joe graliście swoje dźwięki i reszta się pod to podłączała, czy raczej odwrotnie?

FP: W studiu pracowaliśmy od wczesnych godzin rannych. Mieliśmy szczęście o tyle, że razem z Joe gramy ten materiał już od dawna. Ograliśmy go przede wszystkim w Dizzy’s Club Coca Cola w Nowym Jorku, gdzie występowaliśmy przez wiele tygodni dzień po dniu. Gdy weszliśmy do studia, zagraliśmy ten materiał z marszu, tak jak gramy go na żywo. Akurat w przypadku mnie i Joe nie było wielkim problemem zapamiętanie naszych partii, skoro graliśmy ten program codziennie (śmiech). Poza tym ten materiał jest w dużej mierze stworzony na bazie improwizacji. Tak więc, jeżeli ktoś rzucał jakąś melodię lub proponował daną harmonię, to reszta się pod to podłączała. Całość jest też dość chwytliwa i melodyjna. Można ją spokojnie nucić, więc wychodzi nam to dość naturalnie.

Wspomniałeś o Bennym Goodmanie i Lionelu Hamptonie. Na płycie znajduje się nagranie “Dizzy Spells”, które stanowiło klasyczny punkt ich repertuaru w przeszłości. A czy sam Dizzy Gillespie był także Twoją inspiracją?

FP: Dizzy Gillespie nie był może tak wielką inspiracją dla mnie, chociaż powaliły mnie jego nagrania z Charliem Parkerem. To ciekawe o tyle, że obaj ci panowie wynieśli groove, który miał Goodman na zupełnie nowy poziom w jazzie. Jeśli patrzysz na to z perspektywy muzyka klasycznego, to moment, w którym Benny Goodman zamienił orkiestrę, czy bigband na kwartet z Teddym Wilsonem na fortepianie, Lionelem Hamptonem na wibrafonie i Genem Krupą na bębnach, był przejściem niemalże w stronę muzyki kameralnej. A tymczasem oni grali materiał bigbandowy przełożony na kwartet, zachowując całą strukturę orkiestry! Natomiast Dizzy Gillespie i Charlie Parker poszli jeszcze dalej, przenosząc to brzmienie na trąbkę i saksofon oraz sekcję rytmiczną, co stało się już potem właściwie standardem. Rozwinęli te tematy pod względem harmonii i położyli na nią większy nacisk. Tak narodził się też język bebopu. Zatem Dizzy Gillespie był dla mnie pośrednią inspiracją. Większą był Charlie Parker, gdyż saksofonowi bliżej do klarnetu. Jego frazowanie jest bardzo inspirujące dla mnie jako klarnecisty. Ale cenię Gillespiego i Parkera przede wszystkim za ich ambicję i pionierskie rzeczy, które zrobili. Dizzy miał przecież także United Nations Orchestra, która łączyła muzyków z różnych zakątków świata. Dwóch moich znakomitych przyjaciół: trębacz Arturo Sandoval i klarnecista Paquito D’Rivera pochodziło z Kuby, więc nie mogli legalnie grać w Stanach w tamtym czasie. Gillespie postarał się dla nich o obywatelstwo amerykańskie i pomagał im w rozwoju ich karier, więc jest także wzorem postawy muzyka, lidera zespołu, ale także człowieka, który inspirował jako człowiek, stojący ponad wszelkimi, zwłaszcza narodowymi podziałami.

A jak to się stało Charles Turner zaśpiewał w utworze “La Vie En Rose”?

FP: Charles jest naszym bardzo dobrym przyjacielem. Poznaliśmy się w Berklee College Of Music. To świetny wokalista. On skończył szkołę nieco szybciej i przeniósł się do Nowego Jorku przed nami, więc nie mieliśmy okazji współpracować na studiach. Dopiero później zaczęliśmy działać i “La Vie En Rose” jest naszą pierwszą taką współpracą.

“It’s Showtime” nagrał i zmiksował Luis Bacque w Bacque Recording Studios w ubiegłym roku. Dlaczego zatem płyta wychodzi dopiero w październiku tego roku?

FP: Luis Bacque należy do grona moich najlepszych przyjaciół. Jest też jednym z “artystów konsolety”, a takich ludzi nie ma wielu. Śledzę jego poczynania, odkąd przyjechał z Argentyny do Nowego Jorku. On cały czas inwestuje w siebie, poszerza swoją wiedzę, by być w tym jak najlepszy. Gdy otworzył swoje studio w Nowym Jorku, wiedziałem, że chcę z nim nagrywać. A płyta rzeczywiście została nagrana w zeszłym roku, natomiast zarówno Joe i ja mam odrębne kariery solowe i trochę czasu zajęło przygotowanie tego materiału do obróbki produkcyjnej. Poza tym chcieliśmy być pewni, że wydamy album, który od razu będziemy mogli promować na koncertach. Bez pośpiechu i całkowicie naturalnie.

Zagracie dwa koncerty w Polsce – podczas Sopot Jazz Festival i następnie w Krakowie…

FP: …i są to moje pierwsze koncerty w Polsce. Jestem tym bardzo podekscytowany, bo mam sporo przyjaciół w Norwegii i w Nowym Jorku, którzy pochodzą z Twojego kraju, więc z radością czekam na te koncerty.

Dziękuję bardzo za rozmowę i do zobaczenia w Polsce!

FP: Dzięki!