Tomasz Stańko New York Quartet zagrał w Teatrze Roma

Poniedziałkowy wieczór w warszawskim Teatrze Roma zapowiadał się kameralnie i nostalgicznie. Ci, którzy już wcześniej widzieli na żywo nowojorski kwartet Mistrza Tomasza Stańko, wiedzieli, czego mniej więcej mogą się spodziewać. Dla reszty mogła być to pewna niespodzianka. Oto bowiem zderzyli się na żywo z 3/4 składu, który nagrał ujmujący album “Wisława”, wydany 3 lata temu. I tak David Virelles zagrał na fortepianie, a Gerald Cleaver na perkusji. Na kontrabasie natomiast zamiast Thomasa Morgana pojawił się Reuben Rogers, mający szeroki wielogatunkowy rodowód (współpraca m.in. z Joshuą Redmanem, Dianne Reeves, czy Wyclefem Jeanem – przyp. MM) i takież umiejętności. Nie zmieniło to jednak programu koncertu, który rzecz jasna zdominowały kompozycje ze wspomnianej płyty. Było zatem zarówno lirycznie, chwilami mocno oraz na zmianę spokojnie i intensywnie… Każdy z panów miał także swój mniej lub bardziej “organiczny” popis solowy. I tu wygrali panowie z sekcji rytmicznej. Rogers zagrał minimalistycznie, wydobywając proste dźwięki, które po złożeniu w dłuższą całość, płynęły gdzieś w stronę free. Cleaver natomiast postawił na nieco mniej skomplikowaną rytmikę. Chwilami jego gra sprawiała wrażenie mechanicznej, gdyż pozbawiona dłuższych przejść, zwodniczo zdawała się chwytać silniejszych form. Nic bardziej mylnego, bo wszystko trzymało się w ryzach wystarczająco, by nie zepsuć całości. Viralles zagrał zaś oszczędnie, popisując się jedynie graniem bezpośrednio na strunach fortepianu. Co ciekawe – sam Mistrz Stańko w dużej mierze ustępował pola reszcie składu, dając się im wygrać. Nie wywyższał się, choć to w dużej mierze jego trąbka prowadziła całość. Grał to, co chciał i gdzie tylko chciał. Zaznaczał swoją obecność, ale głównie łapał te milisekundy powietrza krótkich nut, podawane przez zespół . Trzeba przyznać, że ten kwartet robi na żywo spore wrażenie. Potrafią zagrać praktycznie wszystko i odnaleźć się w każdej konwencji – od tego charakterystycznego dla Mistrza postkomedowego nastroju, przez oszczędną, trochę zamgloną “Skandynawię”, aż po tętniący energią swing. W dodatku wszystko jest idealnie wyważone i wykonane ze swoistym “nowojorskim” nerwem. Jedyne, co może budzić zastrzeżenia, to czas trwania tego koncertu.  Panowie grali ledwie 80 minut, które upłynęło bardzo szybko i pozostawiło pewien niedosyt. Myślę, że nikt by się nie obraził, gdyby na bis pojawiła się np. “Kattorna”, zwłaszcza w obliczu właśnie wznowionej przez Polish Jazz płyty “Astigmatic” Krzysztofa Komedy.