“Jak kochasz to co robisz, to żadnego dnia nie spędzisz w pracy” – wywiad z Wojtkiem Mazolewskim

Kilka dni przed odebraniem złotej płyty za swój najnowszy album zatytułowany „Polka” mieliśmy okazję porozmawiać z Wojtkiem Mazolewskim, gitarzystą jazzowym i kompozytorem muzyki filmowej. Podczas rozmowy zapytaliśmy artystę m.in. o przesłanie płyty, inspiracje oraz o tym, jak różnią się słuchacze w Polsce od tych za granicą.

Na początku serdecznie gratulujemy złotej płyty za album „Polka”. Cieszysz się?

Czuje wdzięczność i radość. Chcę wszystkim bardzo serdecznie podziękować za wsparcie, jakim nas obdarzyli.

W tym miejscu warto zaprosić wszystkich do obejrzenia ceremonia wręczenia Wam złotych płyt. Gala odbędzie się się podczas koncertu inaugurującego Festiwal Dwa Brzegi 1 sierpnia w Kazimierzy Dolnym nad Wisłą. Koncert będzie retransmitowany przez TVP 2, 2 sierpnia o godzinie 23:20. Gośćmi specjalnymi koncertu będą Natalia Przybysz i Misia Furtak!

A już niedługo, bo w listopadzie, minie rok od wydania płyty. Kiedy ją wydawałeś, promowałeś ją słowami: „Zabieram Was w podróż. Odwiedzając kolejne inspirujące miejsca, zastanawiam się, kim jest Polka w dzisiejszym świecie?”. Czy po roku już jesteś w stanie zdefiniować, kim ta Polka jest?

To są pytania dodatkowe. Najważniejsza jest muzyka, którą zabieram w podróż. Granicą tej przygody jest wyobraźnia słuchaczy. Może to być podróż, w której każdy sam na nowo odkryje znaczenie słowa „polka”. W tym tytule zawiera się kilka takich ważnych elementów, nie wszystkie są ostatecznie związane z pierwiastkiem kobiecym, z kobiecością.

A dla Ciebie kim jest ta Polka?

Nasuwa się tyle odpowiedzi, że nie wiadomo, od której zacząć. W słowie  „Polka” zawiera się duża energia, która od pierwszego momentu, kiedy tylko zdałem sobie sprawę, że będzie to tytuł płyty, bardzo silnie oddziaływała na mój sposób patrzenia na jego brzmienie, uniwersalność, międzynarodowość. Jest w tym słowie jakaś otwartość pełna mocy, dająca możliwość na wyrażenie pierwiastka kobiecego, który czuję sam w sobie, który czuję, że dużo zrobił w moim życiu. Osobiście dziękuję na tej płycie Kobietom, od których mogłem się wiele nauczyć, począwszy od mojej matki, przez nauczycielki w szkołach, przyjaciółki i partnerki. Moją nauczycielką w klasie kontrabasu także była kobieta, Jadwiga Moskal.
Polka jest także czeskim tańcem, co łapie fajny most z naszą płytą, bo w naszym składzie gra Oscar Torok (trębacz Wojtek Mazolewski Quintet – przyp.red.), który jest Słowakiem, a na co dzień mieszka w czeskiej Pradze (śmiech).

„Polką” zabierasz nas w podróż po całym świecie. Jak ludzie poza granicami Polski postrzegają jazz, jak różne jest ich spojrzenie i odczuwanie tej muzyki?

Polska publiczność jest wspaniała. Bardzo tłumnie przychodzi na nasze koncerty. Jest dobrze osłuchana, wymagająca, co zmusza do pracy, ale też bardzo otwarta, bardzo żywiołowo reaguje, zostaje po koncertach, by porozmawiać, wyrazić swoje opinie. Jestem bardzo wdzięczny ludziom za to, że poświęcają swój czas, inteligencję czy wiedzę, by w tym uczestniczyć. Publiczność to jest wielki motywator. Możliwość grania w różnych zakątkach świata jest cudowna. Publiczność w Niemczech czy Francji jest inna. W Ameryce Południowej jest równie otwarta i gościnna jak polska, ale np. w Japonii najpierw jest zamknięta, zasłonięta za pewną etykietą i dopiero jak przebijesz ten balon, jak otworzysz w nich jakiś zamek, który pozwala im w danym momencie szaleć, to dzieją się jakieś dzikie sceny. Dzięki podróżom mogę zobaczyć inną wrażliwość, sztukę, kolory. Ale podstawowy pierwiastek mamy taki sam. Komunikacja muzyką, czyli uniwersalnym językiem, jest niewiarygodna. Jeden koncert, jeden wieczór i wszystkie bariery padają, gdzie normalnie trwałoby to dłużej. To jest piękne w muzyce.

„Polka” to trzeci album wydany pod szyldem Wojtek Mazolewski Quintet. Jak zmieniłeś się przez te wszystkie lata? Jak bardzo dojrzałeś przez te lata?

Czuję, że jestem tu, gdzie powinienem być, że robię to, do czego zostałem stworzony. Czuję, że znalazłem takich partnerów, z którymi dobrze się czuję i tworzę z nimi jakąś kulę energii, która oddziałuje na ludzi i pomaga. Z kwintetem jesteśmy na drodze do znalezienia wyzwalającej szczęście nuty.

Ale czujecie, że jesteście coraz bliżej tej nuty?

Czasem szczęście ludzi na koncertach i słowa, które mówią sprawiają, że czujemy, że jesteśmy naprawdę blisko (śmiech). Chociaż tak naprawdę życie jest naprawdę nieprzewidywalne: są takie momenty, w których muskasz ten absolut, jesteś blisko, a potem jedna dziwna decyzja może cię wyrzucić na dno. To jest ciągły proces. Bez względu na to, ile dobrych informacji do nas dochodzi o tym, co robimy, to zdajemy sobie sprawę z naszych słabości. Czuję, że możemy zrobić jeszcze bardzo dużo poprawiając jakość tego, co robimy, ale też koncentrując przekaz jeszcze mocniej i jeszcze bardziej bezpośrednio na wszystkich poziomach.

Wspomniałeś o tych dziwnych decyzjach. Czy miałeś w swoim życiu takie decyzje, po których czułeś, że oddalasz się od tego absolutu?

Nie wiem, czy jestem gotowy na rozmawianie dziś o swoich życiowych błędach (śmiech).

Jak sam wspomniałeś, otaczasz się wieloma ludźmi. Oprócz kwintetu miałeś jeszcze dwa zespoły: Pink Freud i Bassisters Orchestra. Jak nawiązała się współpraca z muzykami z tych grup? Jak nawzajem się uzupełnianie?

Lubię udowadniać, że rzeczy niemożliwe można wykonać. Tak było w przypadku projektu Bassisters czy teraz w projekcie Jazzombie, w którym Pink Freud łączy się z Lao Che. Robię to po to, by się czegoś dowiedzieć. Można zobaczyć inną wrażliwość genialnych ludzi z bardzo bliska, a potem wykorzystać ją w pracy i zrozumieć niektóre działania. Zderzenie się takich osobowości jest bardzo pouczające. Udaje nam się stworzyć atmosferę szacunku i fermentu twórczego co jest na bardzo pociągające.

Twój starszy brat, Jerzy Mazzoll, także jest muzykiem. Jak on wpłynął na to, kim jesteś teraz, na Twoje zainteresowania muzyczne?

Oczywiście, szybciej niż koledzy z klasy poznałem TSA, The Doors, a chwilę potem Coltrane Mingusa i Dolphiego. Potem gralismy razem i wiele sobie w tym czasie pomagaliśmy. W latach 90. tworzyliśmy wspólnie z kolegami z Trójmiasta i Bydgoszczy scenę jassową. To były piękne czasy.

W swojej karierze współpracowałeś z wieloma muzykami. A czy są jeszcze jacyś, na przykład zagraniczni, z którymi chciałbyś nawiązać współpracę?

Z ludzi, których poznałem i mogłem z nimi zagrać, bardzo cenie sobie Tyshawn Sorey’a i mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy. Z legend to na pewno Pharoah Sunders albo Cecil Taylor. Kiedys marzyłem, żeby zagrać z Alice Coltrane, której niestety nie ma już z nami, czy z innymi artystami. Cudownie jest stanąć obok nich i poczuć ich moc. Z takich aktualniejszych pomysłów, to kilka razy rozmawialiśmy o zaproszeniu któregoś z naszych ulubionych gitarzystów do zespołu Pink Freud i połączyć z nami np. Johna Frusciante czy Jacka White’a albo Vernona Reida. Ja jestem wielkim fanem Roberta Frippa czy Jimmy’ego Page’a z Led Zeppelin. Wielu można byłoby wymieniać. Skorzystamy z każdej możliwości, która się samoistnie pojawi i wyniknie z przestrzeni. Kwintet spotyka cały czas fantastycznych artystów na swojej drodze. Pracujemy wspólnie nad wyjątkowym projektem, ale to na razie tajemica.

No to teraz, jak zdradziłeś tę tajemnicę, to musimy dowiedzieć się więcej!

Obserwujcie naszą stronę (www.mazolewski.com) i profil na Facebooku, tam na pewno będą pierwsze newsy. Nie mogę niczego teraz zdradzić, ale obiecuję, że będzie dużo dobrej zabawy (śmiech).

No dobra, to nie możemy się doczekać! Wróćmy jeszcze na chwilę do pracy z zespołami. Czy dzielenie czasu między jednym a drugim zespołem jest uciążliwe?

Potrzebuję tych dwóch składów do pełnego wyrażenia siebie. Jeden jest bardziej klasyczny, jazzowy (WMQ) , a drugi – bardziej rockowy, elektryczny i przez to bardziej eklektyczny (Pink Freud). Jak pytają mnie o styl Pink Freud, to odpowiadam, że można to porównać do współczesnych sztuk wszechwalk, czyli MMA, gdzie trudno zapytać tych zawodników, jakim stylem walczą, bo walczą każdym możliwym dostępnym, by osiągnąć cel.

A czy praca z jednym składem nie powoduje, że ten drugi jest nieco odtrącony?

Nigdy mi to nie przeszkadzało. Naturalne jest to, że jak gram z jednym zespołem, to ten drugi pracuje nad nowym materiałem. Tak też jest teraz, kiedy WMQ gra po wydaniu płyty „Polka”, to Pink Freud przygotowuje nowy album „Pink Freud plays Autechre”, który ukaże się już niedługo.

W międzyczasie powstaje muzyka do filmów, niedawno zagraliśmy z kwintetem w filmie “ExcentrycyJanusza Majewkiego, którego premiera odbędzie się na Festiwalu Filmowym w Gdyni, a w styczniu trafi do kin.

Jak znajdujesz na to wszystko czas?

Jak kochasz to, co robisz, to żadnego dnia nie spędzisz w pracy. Ale jak każdy miewam kryzysy i czasami potrzebuję paść na kanapę i powiedzieć „mam dość”. Ale to trwa tylko chwilę, bo kiedy już leżę na tej kanapie, to przypominają mi się różne rzeczy i wspaniałości, które miałem zamiar zrobić… I wtedy w mojej głowie pojawia się kawalkada myśli, jak zrobić to czy tamto, mam już pomysły na nowe płyty czy jakiś fragment muzyki do filmu. To jest nieustanna fontanna pomysłów.

Czyli nie masz czasu na odpoczynek?

Zdarza mi się zapędzić w pracy. Tak kocham grać muzykę, że można mi zarzucić, że przesadzam czasami. I nie powinienem się z tym kłócić.

Porozmawiajmy jeszcze o muzyce filmowej. Na swoim koncie masz stworzenie kompozycji do kilku produkcji, w tym np. do filmu „Panoptykon” Sławomira Phutego czy ostatnio do filmu „Kebab i Horoskop” Grzegorza Jaroszuka…

Pomagamy teraz przy tworzeniu muzyki do debiutu reżyserskiego Konrada Aksinowicza w filmie „W spirali” z Kasią Warnke w roli głównej. To jest bardzo intrygujące kino jak na debiutanta ze świetną rolą Kasi. Kocham kino i  bardzo się cieszę ze jest coraz więcej ciekawych propozycji z tego swiata bo bardzo lubię robić muzykę ilustracyjną.

Skąd czerpiesz inspiracje do tworzenia materiału, czy to do filmu czy na autorskie projekty?

Życie jest inspiracją. Staram się je jak najbardziej świadomie przeżywać i obserwować świat, co dostarcza mi tylu tematów, że to absolutnie wystarczy.

A czy sam myślisz o napisaniu własnej autobiografii?

Ten temat pojawia się coraz częściej nie tylko w wywiadach, ale i w rozmowach towarzyskich. Na razie czuję, że muszę grać i tych możliwości do grania pojawia się coraz więcej i są one coraz wspanialsze. Całe życie o tym marzyłem i to teraz w pełni wypełnia mój czas. Cofanie się wstecz i opowiadanie o tym, co było, wydaje mi się teraz bezsensowne. Dużo bardziej fascynujące jest robienie czegoś tu i teraz.

Tak samo fascynujące jak tatuaży. Ty masz ich mnóstwo. Ile właściwie?

Nigdy ich nie liczyłem (śmiech).

A co właściwie oznaczają te tatuaże, jakie jest ich znaczenie?

Ten na dłoniach (napis PUNK JAZZ na palcach – przyp. red.) w pełni wyraża korzenie mojej muzyki i to, czym ona dla mnie jest. Generalnie jest tak, że staram się nie opowiadać o tatuażach, bo jest to jakaś osobista rzecz. Mają one związek z moimi wierzeniami, przekonaniami, są moimi talizmanami, więc nie chcę o nich mówić.

Bardzo Ci dziękujemy za rozmowę, trzymamy kciuki za realizację planów oraz platynową płytę za „Polkę”!