Piotr Schmidt podsumował 2014 rok

Piotr Schmidt, urodzony w 1985 roku, trębacz, wykładowca Historii Jazzu na AM w Katowicach. Absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, Instytutu Jazzu. Gry na trąbce uczył się pod kierunkiem Piotra Wojtasika. Studia ukończył z wyróżnieniem. Piotr Schmidt jest stypendystą University of Louisville, Kentucky, USA 2006, ponadto ma na swoim koncie wiele indywidualnych osiągnięć.

Piotr Schmidt ma na swoim koncie sześć wydanych, autorskich płyt, w tym cztery z zespołem Wierba & Schmidt Quintet, jedną z zespołem Piotr Schmidt Electric Group oraz jedną z zespołem Generation Next. Piotr Schmidt od trzech lat znajduje się w pierwszej szóstce jako “najlepszy trębacz jazzowy roku” w ankiecie Jazz Top magazynu Jazz Forum. Współpracował m.in. z takimi muzykami jak: Walter Smith III, Krystyna Prońko, Dante Luciani, Grzegorz Piotrowski, Paweł Kaczmarczyk, Piotr Baron, Kazimierz Jonkisz, Grzegorz Nagórski, Maciej Sikała, Michał Barański, Frank Parker, Paweł Tomaszewski czy Wiesław Pieregorólka. We wrześniu 2012 roku w związku z wydaniem płyty “Silver Protect” z zespołem Piotr Schmidt Electric Group, znalazł się na okładce magazynu Jazz Press. Zapraszany na najbardziej prestiżowe festiwale jazzowe, Piotr Schmidt już teraz jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiego jazzu.

Specjalnie dla JazzSoul.pl przygotował muzyczne zestawienie mijającego, 2014 roku. Jak sam artysta dodaje:

Wybierając płyty z 2014 roku do opisu, rzecz jasna unikałem tych, w których nagraniu sam brałem udział, postanowiłem też nie pisać wyłącznie o płytach amerykańskich artystów. Z pośród polskich płyt wybrałem te autorstwa ludzi młodych, których znam i z którymi w podobnym okresie wchodziłem na rynek jazzowy. Ludzi tych obserwuję od pewnego czasu i tym bardziej jest mi miło napisać o ich sztuce.

Myrczek & Tomaszewski – Love Revisited

Jeden z najlepszych wokalistów jazzowych i jeden z najlepszych pianistów naszej sceny to nie tylko skarby narodowe. Śmiało można powiedzieć, że ci dwaj panowie prezentują absolutnie światowy poziom wykonawczy. Czegokolwiek by się nie tchnęli nabiera nowego życia, nowego impulsu i koloru. Ich debiutancka płyta jest więc nowym podejściem do piosenek o miłości. Jak nowe może być to spojrzenie, najlepiej samemu się przekonać kupując płytę. Powiem krótko, mi ta estetyka przypada do gustu bardzo. Muzycznie jest ciekawie, co może jest głównie zasługą Pawła Tomaszewskiego, na klawiszach potrafiącego zdziałać cuda, ale to Myrczek jest esencją w tym składzie. Nie lubię piosenek o miłości. Wolę miłość uprawiać. Ta płyta jest jednak kapitalna!

Dominik Wania Trio – Ravel

Rzadko kupuję płyty kolegów. Liczę, że mi dadzą w prezencie. Dominik nie jest jednak moim bliskim kolegą, a jedynie kolegą scenicznym, z którym kilka razy miałem przyjemność grać w kwintecie Piotra Barona. To te występy oraz kilkunastominutowe fortepianowe introdukcje Dominika sprawiły, że bez wahania kupiłem krążek Ravel, kiedy tylko się ukazał. Grą Dominika zachwycałem się na koncertach tak bardzo, że zapominałem, że sam jestem jednym z wykonawców. Jego ewidentne nawiązywanie do estetyki Ravela, czy Debussego, dogłębne zanalizowanie tych harmonii i wykombinowanie koncepcji stosowania tych technik i tej formuły w swobodny sposób w jazzowym środowisku muzycznym jest wyjątkowe i niespotykane. Kupiłem płytę Ravel mając nadzieję, że będę mógł słuchać tych harmonii tak jak wtedy i chociaż się nie zawiodłem, to jednak największe wrażenie pozostanie mi ze słuchania Dominika na żywo.

Walter Smith III – Still Casual

Kiedy w listopadzie 2013 roku poznałem Waltera osobiście przy okazji naszej wspólnej trasy w Polsce, nie mogłem uwierzyć, że to taki wyluzowany, spokojny, sympatyczny i otwarty człowiek. Mimo, że osiągnął już prawie wszystko w swoim życiu, wciąż można z nim porozmawiać na każdy temat, wciąż ma małe ego i nie grzeszy pysznością, wręcz czasem zalatując skromnością, cały czas jest zwykłym człowiekiem, przy którym można zachowywać się zupełnie swobodnie. Do tego też pewnie nawiązuje w tytule swojej płyty. Jego grą zachwyciłem się słuchając płyt Ambrose’a Akinmusire’a, co skłoniło mnie do sięgnięcia po autorskie krążki tego jednego z najlepszych współczesnych saksofonistów na świecie. Walter w 2014 roku wydał czwartą płytę, którą przesłuchałem do tej pory około 20 razy. To nie tylko niezwykle oryginalne kompozycje, ale także mistrzostwo w operowaniu nastrojami, które ustępuje jedynie Ambrose’owi. Ich muzyka w gruncie rzeczy jest podobna, także pozostałych ludzi, którzy się w tym gronie przewijają. Mam wrażenie, że jest kilkanaście, może dwadzieścia kilka osób którzy idą podobną drogą w swoich kompozycjach wśród amerykańskich trzydziestolatków. Oni wszyscy grają ze sobą, słuchają siebie nawzajem i inspirują się swoją twórczością. Każdy jednak jest wstanie dodać tam coś od siebie, obok czego nie da się przejść obojętnie. Walter jest jednym z nich, mając moim zdaniem bardzo indywidualny język, techniczną perfekcję, stosujący bogate harmonie i operujący dźwiękami tak, że potrafi mnie doprowadzić do łez, jak w utworze Greene, o czym mu nie mówiłem i chyba nie powiem.

Brad Mehldau & Mark Guiliana – Mehliana: Taming The Dragon

Duo klawiszy, elektroniki, padów, syntetyków i innych wymysłów współczesności z perkusją Marka Guiliana to jedna z najbardziej fascynujących przygód muzycznych odbiegających jednak daleko od jazzu… przygód, które jednocześnie tak bardzo muzyków jazzowych pociągają. Brad Mehldau grający muzykę elektro, drum’n’bass, hause, ambient, acid??? A jednak. Wszystko to w kapitalnych, głównie drum’n’bassowych rytmach tworzy przestrzeń obok której nie da się przejść obojętnie. Ta płyta nie jest jazzowa, ale jej wartości artystyczne są niepodważalne, biorąc choćby pod uwagę niesamowite zdolności techniczne i muzyczne artystów, którzy i w takiej estetyce potrafią stworzyć coś absolutnie wartościowego. To płyta nie dla purystów, nie dla fanów mainstreamu. Prawdopodobnie mało który fan jazzu ją polubi. Dla mnie jest natomiast po prostu odjazdowa!

Ambrose Akinmusire – The Imagined Savior Is Far Easier To Paint

Kupiłem tę płytę za 60zł na Jazzie Nad Odrą. Pewnie gdzie indziej byłaby tańsza, ale chciałem mieć na niej jego autograf. Nigdy nie zbierałem autografów. Wziąłem może cztery w życiu, z czego najbardziej utkwił mi w pamięci ten od Wallace’a Roney’a po jego koncercie w Szczecinie. Napisał mi wtedy “Keep playing! Wallace Roney”. Kiedy koncert Ambrose Akinmusire Quintet się skończył, nie mogłem znaleźć zespołu Ambrose’a i organizatorzy powiedzieli mi, że zespół pojechał już do hotelu, bo rano ma wczesny wylot do Paryża. Pognałem taksówką za nimi i na moje szczęście trójka z nich siedziała jeszcze w lobby hotelowym – pianista, Sam Harris, basista, Harish Raghavan i sam Ambrose, człowiek niezwykle skromny, o buddyjskim podejściu do życia, przyjaźnie nastawiony. Już kiedyś udało mi się namówić go na zagranie na jamie na Bielskiej Zadymce, teraz rozmawialiśmy o trąbkach, zadęciu, muzyce i paru innych kwestiach przez prawie godzinę.

Ambrose to moje wielkie odkrycie chyba z 2010 lub 2011 roku, kiedy nikt w moim towarzystwie jeszcze o nim nie mówił. Obie jego wcześniejsze płyty znam na pamięć, a tę też przesłuchałem już kilkadziesiąt razy. Jego płyty to spójne historie opowiadające o ważnych i głębokich sprawach. To wielkie przeżycie i wspaniała przygoda, która zapiera dech w piersiach i nie pozwala oderwać się ani na moment. Słyszymy absolutnie fascynujące harmonie, zróżnicowane faktury, a czasem porywające rytmy, które potrafią rozbić się o skałę i ukazać coś, czego się wcześniej nie widziało z tak uderzającą logiką przekazu. Ambrose to malarz uczuć i nastrojów, który wspaniale bawi się grą światłocienia i potrafi ukazać głębię kolorów. To zdecydowanie jedna z moich największych inspiracji ostatnich 3-4 lat.