Pani Galewska opisała swój 2013 rok!

Z przyjemnością podzielę się z Państwem informacją, jakie płyty zdarłam w tym roku najbardziej. Pierwsza, chociaż ciężko jest tu mówić o kolejności, ponieważ to są fazy zawieszenia się na jednym. Zatem, pierwsza płyta, która przyszła mi do głowy to „The Gift” Johna Zorna. Przez kilka dni po jego koncercie w Sali Kongresowej chodziłam z otwartymi oczami, nic się dla mnie nie liczyło, mogłam wyrzucić wszystkie płyty z domu, zostawić tylko Zorna. Poważnie też rozważałam rozstanie się ze sztuką muzyczną. Radio nie bawiło mnie jak dawniej, czołówki we Wiadomościach brzmiały jak pierdnięcie kota, a śpiewy anielskie i symfonie w mojej głowy były tylko szumem. Chodziłam, odbijałam się od ścian i powtarzałam w kółko, że chcę być Johnem Zornem jak dorosnę. Odbijanie się od ścian było naprzemienne z atakami płaczu, że wszystko co robię jest bez sensu, bo i tak nigdy nie będę jak mój JEDYNY IDOL, JOHN ZORN! Na szczęście trwało to tylko kilka dni… Sposobem na to było odseparowanie się od jego płyt. Musiałam, bo źle by się to skończyło.

Zorn na swoje 60-te urodziny sprowadził kilka składów i zrobił wieloczęściowy, „multistylowy” koncert. Te kompozycje były tak wymyślne, że testy na inteligencję przy tym są jak zabawka dla trzyletniego dziecka. Na YT są nagrania z tego koncertu. Z innego miasta, bo jest to projekt obwoźny, nie jednorazowy, ale może to i dobrze, bo trzeba by było montować film tak, żeby wyciąć skaczącą, piszczącą i rzucającą kwiaty na scenę psychofankę, czyli mnie.

Kolejna płyta to Michael Bublé „Christmas”. Płytę mam ze dwa lata, ale polubiłam ją dopiero 2 miesiące temu. Chyba byłam za młoda, żeby ją zrozumieć. Znane, amerykańskie piosenki świąteczne, zachowawcze, płaskie i nudne – taki był mój werdykt odnośnie tej płyty kiedyś. O, jakże się myliłam! Sorry, Michael. Jest tak samo, tylko, że odwrotnie. Aranżacje są świetne!!! Warto kupić dla samych aranżacji. Michael jak zwykle świetny, więc tu raczej zaskoczenia nie będzie, ale cudownie jest posłuchać muzyki zagranej na żywych instrumentach! Cudo.

Nie piszę, jak widać, o płytach, które wyszły w tym roku. Nie jestem typem „na dziennikarza muzycznego” – nie rzucam się na nowości z prostego względu – mam ogromne braki, jeśli chodzi o płyty, które wyszły wcześniej, poza tym trochę się boję współczesnej muzyki – już wiem jak to się robi i trochę mi się nie podoba wszechobecny, zastępujący ludzi komputer.

Ostatnio słucham starej płyty z 2002 roku . New Life M „Dla ciebie i dla mnie”. Proszę nie zrażać się tematyką. Warto dla samej muzyki! Świetne pomysły na piosenki, świetni instrumentaliści i świetna Natalia Niemen. Można sobie puścić do barszczu z uszami, zamiast kolęd.

Muzycy, nad którymi zatrzymałam się dłużej w tym roku to Artur Dutkiewicz, Irek Wojtczak ze swoją folkową płytą (pisałam o niej u siebie – aleksandragalewska.natemat.pl), Bogdan Hołownia, Justin Timberlake i pierwszy numer z 20/20, jedna piosenka Beyoncé – Best Thing cośtam cośtam – ćwiczyłam na niej śpiewanie ;p, i jak zwykle muzyka z „Hair”, „Hairspray”, Erykah Badu, Lauryn Hill (trzy moje ulubione piosenki, wiecie na pewno jakie, bo są najfajniejsze na płycie) – jestem trochę zawieszona na tych kilku płytach – mijają lata, a ja ciągle tego słucham.

A! Zapomniałabym. Bracia Oleś z Jorgosem Skoliasem. Żydowskie granie. Miałam okazję być na koncercie w synagodze w Warszawie i kiwająca się do przodu-do tyłu -180 stopni żółta kropka (czapka) to ja! Coś wspaniałego. Musicie to sprawdzić!