Felieton: Baronowa Jazzu

Legendy to kłamstwa,
które w końcu stają się historią.
Jean Cocteau

Są różne ścieżki dochodzenia do własnych wyborów, doświadczeń estetycznych. Od zawsze, od kiedy tylko sięgam pamięcią, słuchałem jazzu. To ten rodzaj twórczości, który jest, najczęściej, trudno przyswajalny. Wymaga refleksji, „przeżycia”. Bywa, że „przeszkadza”, ale przecież muzyka, sztuka w ogóle, musi trochę przeszkadzać, zafrapować.

Jazz jest dla mnie ważny, a nawet bardzo ważny. Status ten zawdzięcza nie tylko swojej artystycznej, ale również terapeutycznej wartości. Zdając sobie doskonale sprawę, że to celowa emfaza, bardzo łatwo przychodzi mi stwierdzenie, że jestem „ofiarą” kontemplacji estetycznej wrażliwości. To ona, w istocie, stanowi jeden z głównych sensów mojego życia. Słuchanie muzyki, szczególnie tego rodzaju muzyki, jest dla mnie koniecznością i jednocześnie ogromną przyjemnością. Jazz jest również udolną, bądź też nieudolną próbą legalizacji mojej inności. Usprawiedliwia moje wyobcowanie, alienację od świata zewnętrznego, bardzo częstą niechęć do komentowania otaczającej nas rzeczywistości. Bez muzyki, życie byłoby straszne…

Czy z podobnego założenia wychodziła Nica de Koenigswarter, słynna Baronowa Jazzu? Na czym polegała jej inność, czym był dla niej jazz? To przede wszystkim te pytania zadecydowały o napisaniu tego tekstu. Żeby sobie na nie odpowiedzieć, trzeba poznać i postarać się zrozumieć, jedną z najbardziej tragicznych i fascynujących zarazem, postaci XX wieku…

Przygotowując się do napisania tego felietonu, miałem w głowie kilka pomysłów na to w jaki sposób mógłbym wytłumaczyć tajemnicę, fenomen Baronowej. Wyszedłem z założenia, że mój tekst będzie stanowił jakąkolwiek wartość tylko i wyłącznie, kiedy w pewnym sensie okażę się być egocentrykiem, tzn. skupię się bardzo mocno na wypracowanych przez siebie kategoriach i następnie zaaplikuję je do jej życiorysu. Szybko jednak zrozumiałem, że żadna moja konstatacja nie będzie ostateczną czy domkniętą. Taka zresztą być nie musi. Nie ma jasnej odpowiedzi na postawione wcześniej pytania. Każda odmienność jest czymś indywidualnym, ściśle spersonifikowanym. Gdyby jednak pokusić się o jakieś podsumowanie, wydaje mi się, że inność Nici, polegała na tym, że była ona kobietą poszukującą. Kobietą, której zależało na odnalezieniu siebie – nabraniu poczucia własnej wartości i spójności swojej osoby. Warunkiem tej spójności, był z kolei jazz i tak ważny dla niej Thelonious Monk, którego pokochała definitywnie, absolutnie, straceńczo i bezwarunkowo. Ze wszystkich osób, które kochała, on w najmniejszym stopniu stanowił mentalny przedmiot jej miłości – był najintensywniej realny. Nie dziwią więc słowa, które wypowiedziała po jego śmierci: „Chcę, aby moje prochy rozsypano nad rzeką Hudson – wieczorem, około północy. Tak, powiedziałam około północy i myślę, że wszyscy wiecie dlaczego.”

Muzykę można pojmować nie tylko jako wyrażenie czegoś, ale także jako pewien sposób potraktowania tego, co niewysłowione. Czy siła muzyki kryje się w samym dziele, czy w jego oddziaływaniu na człowieka? Co chciał przekazać Monk w Round Midnight? Czego doświadczyła Nica, słuchając tego utworu? Co mogło wpłynąć na nią tak bardzo, że zdecydowała się porzucić rodzinę, przyjaciół, ojczyznę? Ten tekst nie odpowie na te pytania, pokaże tylko kierunek, żadnej dosłowności.

Bibliografia:
H. Rothschild, The Baroness. The search for Nica, the rebellious Rothschild.
N. Koenigswarter, Three Wishes: An Intimate Look at Jazz Greats.