Felieton: Wielka kariera Heńka Trąbki #10

 10. STO LAT JAZZSOUL!

Heniek Trąbka nie spał całą noc ze środy na czwartek. Kręcił się w pościeli, przewracał z boku na bok, a stres rósł w nim jak magiczna fasolka. Najpierw gdzieś w dole żołądka coś go uciskało, potem ucisk i łaskotanie przeniosło się wyżej, by nad ranem drapać go w podniebienie.

Kiedy był dzieckiem tak samo reagował gdy miał jechać na szkolną wycieczkę lub wystąpić na szkolnej akademii. To ostatnie zdarzyło się zresztą tylko raz. Był dumnym z siebie trzecioklasistą, bo w szkole odkryto, ze ma pewien talent muzyczny. Kazano mu śpiewać piękną melodyjną pieśń o lecie i wakacjach, która miała akompaniować pani Dyrektor przy wręczaniu świadectw prymusom. To miała być wzruszająca uroczystość, uwieczniona na prawdziwej kamerze wideo którą po wsze czasy szkoła zachowa, na wypadek, gdyby któryś z prymusów zrobił w przyszłości wielką karierę. Niestety, prymusi odbierali swoje świadectwa w kompletnej ciszy, ponieważ Heńkowi po prostu zamarł głos. Nic nie mógł na to poradzić, chociaż wszyscy dawali mu znaki, przypominali mu (najpierw szeptem, potem krzykiem) słowa pieśni – ale na nic. Heniek stał przy mikrofonie i milczał. Pamiętał słowa, brzmiała mu w głowie melodia, ale nie mógł wydobyć z siebie dźwięku. Otwierał usta i nic.

Od tej pory nigdy nie pozwolono mu wystąpić na scenie szkolnej. Teraz jednak nikt nie wiedział o jego wpadce sprzed lat. Zatem Prywatna Szkoła Wybitności bez wahania wskazała go, jako jednego z najbardziej obiecujących uczniów do wykonania ważnego zadania. Piętnasty marca był dniem wyjątkowym. Jubileusz. Urodziny. Heniek Trąbka miał ubrać się odświętnie, jechać do Warszawy i złożyć w imieniu szkoły i klasy saksofonu życzenia całemu portalowi jazzsoul.pl.

Stresował się więc i było to zupełnie zrozumiałe. Stolica, media, te spawy. Nie miał obycia w szerokim świecie. Przygotował sobie sto lat na saksofonie, zmienił trochę temat, dodał małą improwizacyjkę i brzmiało to, wydawało mu się, bardzo światowo. Napisał wierszyk okolicznościowy, z pomocą koleżanki z klasy literatury i kupił krawat w nuty.

Rano pojechał pierwszym pociągiem. W Warszawie prawie się nie zgubił, troszkę ponarzekał, że tu gorzej niż w Krakowie, ale w końcu dotarł na miejsce. Kręcił się w kółko po chodniku przed domem Naczelnego. Powtarzał w myśli wierszyk i starał się zabrać całą odwagę na jaka było go stać. Czuł jednak, że nie da rady, nie wytrzyma i znów zamilknie kiedy ktoś otworzy mu drzwi. Przypomniał mu się nagle ten tragiczny dzień sprzed lat. Kto mu wtedy pomógł? Kto otarł łzy i kupił największe lody w mieście na pocieszenie? Kto upiekł tort czekoladowy doskonały na zapomnienie o smutkach? No jak to kto: mama!

Zadzwonił. Była w domu i nie miała akurat żadnych planów. Nie dała się długo prosić, ale uprzedziła, że trochę to potrwa. Był późny wieczór, kiedy Heniek doczekał się wreszcie na Centralnym wytęsknionej zapowiedzi:

„Opóźniony pociąg Matejko z Krakowa Płaszowa do Warszawy Wschodniej wjedzie na tor piaty przy peronie drugim. Prosimy odsunąć się od krawędzi peronu.”

Była mama! Wysiadała na samym końcu do piersi przyciskając wielkie pudło.

-Czekoladowy? – spytał.

-A pewnie, że czekoladowy. On nas na pewno poczęstuje, a ja wiem, że ty Heniuś najbardziej lubisz czekoladowy.

W godzinę później stali przed drzwiami Naczelnego Rymana. Heniek spodziewał się złoconej klamki i wielkiego napisu: „tu powstaje jazzsoul.pl” na drzwiach. Niczego takiego nie było.

– Synek, ty sobie zapamiętaj, że ci co coś robią ważnego nie muszą o tym krzyczeć i chwalić się w kółko – wytłumaczyła mu mama.

Zadzwonili. Przez chwilę nic się nie działo. Potem usłyszeli kroki, drzwi się otworzyły i Naczelny stanął w nich we własnej osobie. Mama nie wytrzymała napięcia. Rzuciła się mu na szyję i jęła go całować. Nie wystarczyło jej po jednym razie w każdy policzek, całowała go dalej i dalej, chyba po stokroć. Wręczyła mu tort krzycząc „Sto lat, kochaniutki! Sto lat życzę ja i Prywatna Szkoła Wybitności!” A Heniek ośmielony tą sceną wyjął saksofon i grał. Grał długo i pięknie jak nigdy. Z sąsiednich drzwi wychylali się sąsiedzi i stali zasłuchani. Ktoś dołączył się ze swoja gitarą, ktoś wyjął z kieszeni harmonijkę ustną. Trwali tak do północy, mama częstowała tortem, a Naczelny miał łzy w oczach.

Ciąg dalszy nastąpi, kiedy Heniek przestanie świętować urodziny jazzsoula!