Felieton: Wielka Kariera Heńka Trąbki #6

 6.  Nie paktuj z szatanem, bo kataru dostaniesz

Zainteresowanie mediów na pstrym koniu jeździ, o czym przekonał się Heniek Trąbka na własnej wrażliwej skórze niedługo po wielkim sukcesie. Pluł sobie w brodę, rwał włosy z głowy i zagryzał wargi. Walił czołem w mur nieprzystępności medialnej. Nic z tego. Media wykazały swoje zainteresowanie Heńkiem, jako wschodzącą gwiazdą polskiego jazzu tylko przez jeden wieczór.

Już następnego dnia, odrobiwszy wszystko, co było zadane, zadzwonił do redaktora Karłowskiego, który nie odebrał telefonu. Paweł Brodowski powiedział, że dzwoni do niego tysiące takich Heńków dziennie i doprawdy nie ma na to wszystko ani czasu, ani ochoty. Sokołowski Jakub stwierdził z rozbrajającą szczerością, że nie zamierza się zajmować kimś, kto nie wydał jeszcze żadnej płyty, którą możnaby zrecenzować. Nawet Naczelny Ryman nie dał się Heńkowi wprosić do wtorkowej audycji. Kolejnych trzech recenzentów jazzowych zareagowało na telefon śmiechem.

Niewdzięcznicy. Okrutnicy i głupcy. Chwila chwały minęła. Teraz kto inny jest wschodzącą gwiazdą. Heniek przegapił swój czas. Swoją minutę szansy na sukces. Kto by pomyślał, że taki ten sukces ulotny. Nie czeka. Nie stoi. Nie przysiądzie się na ławce w parku. Gna do przodu i albo ci się uda złapać go w locie za rąbek płaszcza, albo przegrałeś.

Takie myśli towarzyszyły Heńkowi przez cały dzień. Nie uważał na lekcjach. Na pianistyce dostał dwóję za brak podstawowej wiedzy. Na zarządzaniu przedsiębiorstwem muzycznym kazano mu napisać referat o specyfice prowadzenia księgowości w branży muzycznej na przykładzie Cotton Clubu, za jawne ignorowanie poleceń nauczyciela. Mimo to znów pogrążył się w czarnych myślach, tym razem na historii muzyki gitarowej. Tym razem jednak Krzysztof wbił mu łokieć pod żebra. Dobry kolega z tego Krzysztofa.

– Stary, weź słuchaj, bo ci dziadek wlepi lufę. Patrzy się tu co chwilę i kiwa tą swoją głową w rytmie: „Widzę, że mnie ktoś nie słucha i zaraz wymyślę mu surową karę”.

Więc Heniek postanowił się skupić. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Kariera przeszła mu koło nosa, ale jest dorosły, może nawet stary i powinien umieć się z tym pogodzić. Musi podnosić swoje kwalifikacje, tak aby nikt nie oparł się jego geniuszowi. Nie było łatwo skoncentrować się na historii. Brodaty dziadek przynudzał jak rzadko. Głosem doskonale monotonnym opowiadał najciekawsze historie tak, że powieki same opadały. Doprawdy, powinni go zatrudnić w przedszkolu, jako towarzysza leżakowania.

– Podania ówczesnych muzykologów głoszą – mówił wolno przeciągając sylaby i przełykając głośno ślinę, – że był gitarzystą przeciętnym. Z dnia na dzień jednak jego umiejętności gwałtownie wzrosły. Zabobonna ludność z łatwością uwierzyła pogłoskom, podsycanym przez samego Johnsona, o pakcie, jaki zawarł z diabłem. Prawdą jest, ze umarł młodo. Omówimy teraz wszystkie jego kompozycje. Te, których omówić nie zdołamy, ze względu na ograniczony czas, musicie opracować w domach. Wszystkie będą obowiązywały na egzaminie, który…

Więcej Heniek nie wie, bo zasnął. Obudziło go szarpanie za kołnierz, krzyki i zamykane z hukiem drzwi za jego plecami. No tak. Dziadek wyrzucił go z klasy. Może to i lepiej.

Coś było na rzeczy z tym Johnsonem. Od tego dnia, Heniek przeczytał wszystko co znalazł na jego temat. Dziadek mógł sobie twierdzić, że to zabobony. Nic dziwnego, uczył w szkole muzycznej i musiał utrzymywać, że wirtuozerię można osiągnąć jedynie wytężoną wieloletnią pracą. Inaczej nici z jego zarobków. Ale Heniek, jako niezależny badacz, był pewien – Robert Johnson sprzedał duszę diabłu. Na bank. Trąbka zaczął dopracowywać swój własny Wielki Plan.

Pracował kiedyś jako agent ubezpieczeniowy. Nie była to długa kariera, ledwie dwumiesięczna, ale nauczył się jednego – można tak zawrzeć umowę, żeby wyjść na swoje. Wszystko, co niewygodne napisze się małym druczkiem i językiem najbardziej skomplikowanym jaki wynaleziono, najlepiej z zastosowaniem anglicyzmów i określeń specjalistycznych. Jedna czy dwie luki w umowie, jakaś furtka i nawet diabeł się w tym nie połapie.

Spisał pakt słowo po słowie. Na papierze urzędowym i z pieczątką, żeby wyglądało poważnie. Znajomy notariusz parafował mu każdą stronę. Był gotowy na spotkanie z siłą nieczystą. Dla odwagi umówił się z Krzysztofem, który też był zainteresowany przyspieszeniem nauki.

Diabła zawsze można spotkać na rozstajnych drogach. Skrzyżowań ci w Krakowie pod dostatkiem! Byle nie w centrum, gdzie tłok jak na dworcu całą dobę. Japońscy turyści z aparatami i angielscy z kuflami i wszyscy inni z pluszowymi smokami i drewnianymi ciupagami. Tutaj diabła nie uświadczysz.

Dojechali dziewiątką na pętlę w Bieżanowie. Było diabelsko zimno i uznali, że to dobry znak. Przeszli jeszcze kawałek, do pierwszego skrzyżowania. Ciemno. Śniegu niewiele. Żadnego żywego człowieka. Wyjęli umowę, wyjęli pióra wieczne. Czekają. Gdzieś w oddali pies zawył jak zarzynany. Nad głowami przefrunęła sowa, a może tylko gołąb. Mijały głośno sekundy i minuty. Wskazówki małego zegarka ręcznego poruszały się z głośnym trzaskiem. Mróz skrzypiał. Nogi przymarzały do chodnika.

Żadnego diabła. Może trzeba zawołać? Jak się woła diabła? Zaczęli krzyczeć ile sił, wymieniając wszystkie diabelskie imiona. Na nic. Czyżby kompletnie ich zlekceważono? Gardła tylko bolały. Stali w ciszy patrząc w niebo, aż nagle, jakby spod ziemi rozległy się dźwięki „Kołysanki Rosemary”. Heńkowi dreszcz przeszedł po plecach.

– Idzie! Idzie! Idzie tutaj! – krzyczał Heniek nie kryjąc strachu. Szarpał kurtkę Krzysztofa w przerażeniu.

-Stary, czyś ty zgłupiał?! To moja komórka.

Rzeczywiście. Żadnych zdarzeń nadprzyrodzonych. Chociaż trzeba przyznać, że mama Krzysztofa, która do niego dzwoniła, aby w dziesięć minut później przyjechać na kraniec Bieżanowa, wzrok miała diabelski. Krzyczała, także głosem szatańskim, jak głupi są obaj. Krzysztof, jak Krzysztof. Ostatecznie to jeszcze dziecko. Ale Heniek – stary, a głupi.

Zabobony. Tylko katar z tego piekielny. Wszystkiemu winny dziadek-historyk. Czy poważny człowiek powinien w ogóle wspominać o takich bzdurach na lekcji w szanowanej placówce edukacyjnej?

Ciąg dalszy nastąpi, ponieważ katara trwa zwykle od siedmiu dni, do tygodnia.