Felieton: „Kujaviak goes funky”, czyli czarna muzyka w PRL

Jedną z płyt winylowych, którą wydobyłem ostatnio z czeluści piwnicznych mojego rodzinnego domu był live’owy album kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego z 1975. Straszny staroć. Opakowanie podarte i pokryte kilku centymetrową warstwą kurzu. Sama płyta równie zakurzona, brudna, najwyraźniej czymś oblana.

Ucieszyłem się jednak, bo raz, że miłe zaskoczenie – nie spodziewałem się wśród płyt Demarczyk, Procol Harum i Deep Purple, znaleźć jakiś jazz. Dwa, to nie byle jaka płyta jazzowa, a ścisła czołówka polskiej sceny lat 70. (na tenorze Szukalski, piano elektryczne Karolak, Bartkowski perkusja, Jarzębski na basie). A po trzecie – tytuł! Zaintrygował mnie wielce, brzmiał bowiem – „Kujaviak goes Funky”.

Muzyka funky w PRL?! Nie sądziłem, że coś takiego w ogóle istniało. Biegłem więc ile sił w nogach do domu. Podekscytowany, emocjonalnie zagotowany, rozogniony wręcz. Nogi mi się plątały, ale się nie zrażałem. Gnałem tak niezgrabnie, z płytą „Kujaviak goes Funky” Namysłowskiego pod pachą.

Najpierw wielkie czyszczenie. Potem, bach, wrzucam ją do adaptera. Trochę szumów, jakiś drobny zgrzyt, i idzie. Zaczyna się grany na saksofonie altowym temat. W tle słychać brzdąkanie w klawisze Karolaka. Grają.

Słuchało się nawet przyjemnie. Choć z dużą niecierpliwością. Wciąż bowiem czekałem aż pojawi się tytułowy funk. Spoglądałem z nadzieją na każde gwałtowniejsze drgnięcie sekcji rytmicznej. Może zaraz skończą zabarwione nieco na rockowo, jazzowe improwizacje i zacznie się prawdziwy funk – myślałem.

Funk jednak nie nadszedł. Zrobiło mi się trochę smutno. Pomyślałem sobie, że funku jednak w tamtych czasach w Polsce nie było. Zresztą, nadal wygląda to mizernie.

Lepiej niż funk miał się jazz, choć nie brakuje opinii, że nie można mówić o czymś takim jak polski jazz, a jedynie o jazzie w Polsce. Ten kiepski stan czarnej muzyki w Polsce jest konsekwencją przyjętego po II wojnie światowej ustroju politycznego, który uniemożliwiał swobodną wymianę kulturową z resztą świata, hamując przez to jej rozwój.

Muzyka jazzowa, czy w ogóle czarna, to muzyka, której historię tworzą liczne indywidualności, lecz jak każde zjawisko kulturowe rozwija się kolektywnie. Czyli normalną sytuacją jest, że muzycy się od siebie uczą, podpatrują, inspirują się wzajemnie. Tak było na Zachodzie.

A u nas? Znamienne jest z jakim przyjęciem spotkał się koncert Milesa Davisa z 1983 w Warszawie. Jeden koncert, a wychował muzycznie całe pokolenie. To pokazuje, jak wielki i niezaspokojony był głód muzyki w tamtych czasach!

Straszna szkoda, może gdyby nie PRL mielibyśmy w Polsce prawdziwy funk, lepszy jazz, więcej soulu.